Witajcie!
Ostrzegam, że będzie to dość długi post, ale pod koniec pokażę kilka(naście) przykładowych prac.
To już kolejne moje podejście do blogowania. Wcześniej prowadziłam bloga Jelly Bunny Second Chances (na pewno nie kojarzycie), jednakże dodałam na niego zaledwie kilka postów. Byłam mocno z niego niezadowolona, zdjęcia nie wychodziły mi tak, jakbym tego chciała (chociaż fakt, dosyć trudno jest robić sobie samemu sesje), zrobienie jednej notki zajmowało mi strasznie dużo czasu, a licznik odwiedzin i komentarzy mnie ani trochę nie zadowalał. Może będę co jakiś czas dodawać tam posta, ale nie wiem (może podczas moich najdłuższych wakacji w życiu coś pocznę w tym kierunku).
Na szczęście mam jeszcze drugą, dosyć mainstreamową pasję. Mianowicie jest to fotografia i o tym będzie mój blog. Teraz o tym co-nieco opowiem:
Nie wiem dokładnie kiedy się to u mnie zaczęło, jednakże zawsze marzyłam o tym, by robić zdjęcia oczami. Mieć wmontowany w głowie taki skomplikowany nanoaparat, który za pomocą długiego mrugnięcia wykonuje zdjęcie z takimi parametrami, jakie sobie wyobrazimy. Taka tam skomplikowana technologia, o której się filozofom nie śniło. Zapewne nośnik karty pamięci podłączałoby się w okolicy skroni albo za uchem, dosyć zabawnie by wyglądali tacy ludzie z wmontowanym wejściem na pamięć zewnętrzną. Gorzej by było jakby taki sprzęt się popsuł. Wiecie, nie dość, że to by było kosztowne, to mogłoby zagrażać życiu.
Ale nie o tym mowa. Przez bardzo długi czas nie byłam tak naprawdę świadoma tego, że coś mnie ciągnie do fotografii. Myślałam o tematykach różnych sesji, ale takich, gdzie ja bym była modelką. Niestety nie jestem dosyć fotogeniczna (tak przynajmniej twierdzę), więc ten pomysł odłożyłam na bok. Nadal jednak myślami uciekałam do uwieczniania chwil na zdjęciu, uważając jednak, że nie mam do tego smykałki. Postanowiłam jednak spróbować.
Początkowo robiłam zdjęcia telefonem. Na szczęście w pierwszym aparacie w mojej nikłej "karierze fotograficznej" miałam całkiem porządny aparacik.
Tak, wiem co teraz powiecie: "nieważne jaki aparat hurr durr!!!", ale wiadomo przecież, że profesjonalny fotograf zdjęciami z telefonu rodziny nie wykarmi. No i jakby nie patrzeć aparaty w komórkach nie mają zaawansowanych ustawień manualnych.
Wracając jednak do tematu: nastał czas, gdy byłam wkręcona w tę pasję po uszy. Na wakacjach nie rozstawałam się wręcz z moim cyfrowym przyjacielem, bo co chwila widziałam obiekt, przez co musiałam zrobić mu zdjęcie (a znajomi musieli na mnie zawsze czekać, aż je wykonam: wtedy mogliśmy iść dalej). Czułam się jednak trochę ograniczona przez brak porządnego sprzętu, a na taki nie było mnie stać. To mnie jednak nie powstrzymało, bym mogła założyć któregoś dnia mojego fanpage, którego nazwałam "Zdjęcia Natashy robione telefonem, gdyż na lustrzankę jej nie stać" (miałam w tym okresie czasowym telefon z lepszym aparatem wzięty z abonamentu).
Na szczęście to się zmieniło. Nadeszła gwiazdka, święta, prezenty i te sprawy, a ja już byłam pewna, że moje hobby nie jest chwilowym kaprysem. Pewnie teraz myślicie, że jak wspaniale, iż rodzice spełnili moją zachciankę bądź uważacie, że jestem kolejną rozkapryszoną gówniarą z internetu, której mamusia spełnia kaprysy.
.
.
.
Nic z tych rzeczy! Musiałam się trochę powykłócać z mamą, żeby w ramach prezentu świątecznego pożyczyła mi pieniądze na ten aparat. Trochę się po typ pozgrzytałyśmy, ale koniec końców zadłużyłam się u niej na dwa tałzeny. Warto było. Nawet nazwałam swoją lustrzankę "Envyszanka", bo wiecie, taka hehe gra słów (Lustrzanka → LUSTrzanka → Envyszanka). Heh... chyba się naoglądałam za dużo "Fullmetal Alchemist: Brotherhood".
Byłam tym naprawdę mocno ucieszona. Niestety byłam wtedy chora i nie mogłam tak po prostu sobie wyjść i go wypróbować, moja rodzicielka jako strażnik mojego zdrowia fizycznego pilnowała mnie niczym smoczyca smoczej wieży, w której pomieszkiwała królewna Fiona ze "Shreka". Na szczęście przedostatniego dnia nastąpiła taka sytuacyjka:
Była godzina około dziewiątej rano. Dopiero co obudzona ruszyłam do kuchni w swojej piżamce z primarka z narysowanym króliczkiem na koszulce oraz pastelowo różowymi spodenkami w białe kropeczki. Chciałam zrobić sobie poranną kawę, jaką zwykłam robić już od kilku lat codziennie zaraz po opuszczeniu łóżka. Akurat mama szykowała się do wyjścia, co poskutkowało tym, że zaświeciła mi się czerwona lampka. Porozmawiałam z nią jakby nigdy nic i zadając jej niewinne pytanie "za ile będziesz", w głowie szacowałam ile mam czasu na wymknięcie się z domu na poznanie nowego sprzętu do samorealizacji w terenie. Gdy ta opuściła mieszkanie, zostawiłam dopiero co zrobioną kawę, pędząc do swojej szafy, by zaraz z niej wybrać jak najgrubsze rzeczy, ubrać się na cebulkę i szybko załatwić swoją misję. Jak można się było domyślić moje pierwsze zdjęcia nie były jakichś wysokich lotów. Ja jednak byłam spełniona na tę chwilę.
Zmieniłam po tym czasie nazwę fanpage na "Natasha's Eternal Jiffs" (stąd tytuł bloga), gdyż poprzednia nie pasowała już do sytuacji. Od tej pory moje życie hobbystyczne zmieniło się na lepsze.
Fanpage jednak nie przynosił mi oczekiwanych rezultatów. Mianowicie: większość z udzielających się osób na tej stronie to byli tylko moi znajomi. To było naprawdę demotywujące dla mnie. Na tyle, że przestałam tam cokolwiek wrzucać. Jednakże potrzeba ukazywania swoich prac światu nadal pozostała.
Tak oto założyłam tego oto bloga, do którego zmierzałam się od jakichś dwóch tygodni. Mam nadzieję, że teraz uda mi się coś osiągnąć w świecie internetowym. Przynajmniej teraz postaram się nad tym postarać.
Na początek podam kilka moich przypadkowych prac, które akurat mi się spodobały, a są tak jakby takie "randomowe". Ustawię je chronologiczne (z góry mówię, że tylko może z cztery zdjęcia są tymi jednymi z najlepszych. Innymi słowy: to dopiero rozgrzewka, a w następnych postach będzie tylko lepiej):
Najpierw te, robione najstarszym telefonem w "karierze":
(do tego mam wielki sentyment, jest chyba moim najukochańszym zdjęciem z telefonu ever)
Potem te robione nowszym telefonem:
(GRRRRRRRRRRRRRRRRUNGE!)
I teraz czas "Envyszankę"
(Te cztery pierwsze są z mojego potajemnego wyjścia na dwór)
(To jedno z moich ulubionych zdjęć, szczerze mówiąc. Robiło się je we wspaniałych warunkach)
Tak, doczekaliście się w końcu końca tejże notki! Niemniej mam nadzieję, że choć trochę się podobało. Tak odrobinkę. Ociupinkę.
Na szczęście kolejne notki nie mają być aż tak długie, przynajmniej takich na razie nie planuję.
Do zobaczenia następnym razem!
Natasha










